Mówiono na niego Frencz. Wszyscy w miasteczku znali jego matkę, nauczycielkę w miejscowej szkole, oraz schludnego i zasadniczego ojca, trębacza w zakładowej orkiestrze.
Po studiach, w połowie lat osiemdziesiątych, Frencz zaczął pracę w zakładowym archiwum, spodziewając się doczekać tam w spokoju emerytury. Rozpad rodziny i degrengolada ojca zbiegły się w czasie z rozpadem ustroju, a koniec komunizmu nastąpił kilka miesięcy przed śmiercią wycieńczonego alkoholizmem ojca.Kolejne próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości zawodzą, rodzina i przyjaciele stają się raczej przeszkodą niż wsparciem; nawet, kiedy rodzi mu się syn, Frencz nie potrafi stawić czoła życiu.
Powoli wchodzi na drogę, którą przed laty przemierzył jego ojciec.Opowieść o pewnym nieudaczniku nabiera w tej książce wymiaru symbolicznego i prowokuje do pytań. Mój czas to lata osiemdziesiąte, to wydłubana w betonowej ścianie studni wnęka, w której umościłem legowisko.
Po cholerę mi blask zmuszający do zamknięcia oczu, po co bieganina przyprawiająca o ból mięśni, obłęd wymuszający nawet na ostatnich pierdołach babranie się w biznesie. (...) Byłem bezpieczny, schowany; czułem się niedostrzegany, niewidoczny, równy.fragment Z recenzji Haszyszopenków Jarosław Maślanek nie posiłkował się wyeksportowanymi konceptami i stworzył dzieło oryginalne i niesztampowe.Independent.pl Haszyszopenki są dramatem chłopięcej wyobraźni, w której zainstalował się niewłaściwy mit wolności.
Zamiast podróży sentymentalnej w rejony dziecięcej idylli lub kolejnego końca wakacji, czeka ich klaustrofobiczna wycieczka donikąd."Polityka"