Jacek Bocheński, pisarz, publicysta, opozycjonista, działacz licznych instytucji kulturalnych. Rocznik 1926.
Po czym odkrywa, że w pisaniu blogu nie chodzi o literaturę, lecz o życie. Ale cóż to za zwyczajność, w której przeplatają się pijackie scenki spod osiedlowego marketu, ze wspomnieniami o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim kopiącym własną sztuczną szczękę, z przejmującymi przemyśleniami o stosowaniu tortur, z anegdotami z przyjęć i sylwestrów, reminiscencjami wojennymi, cierpkimi komentarzami na temat bieżących wydarzeń politycznych i pewną dozą ironicznych komentarzy na temat Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Służew nad Dolinką i jej mieszkańców.
I jeszcze kobiety, którym autor kupuje ciasteczka, ostrzegając lojalnie, że spotkanie opisze na blogu. Publicystyka, anegdoty, wspomnienia, przepowiednie takie, które już się zaczęły sprawdzać, i takie, co jeszcze nie zdążyły.
O Justynie, Annie, Julii, o Oburzonym i petuniach. Jacek Bocheński pisze przemądrze, ale nie przemądrzale, i jego głębokie refleksje pojmuje nawet prosty magister sztuki (ja).