Gdzie leży Koszałkoopałkolin? Czy brzmieniowe podobieństwo jego nazwy do nazwy pewnego miasta na Pomorzu niesie też ze sobą inne podobieństwa?
Jego nowa książka łączy w sobie poetykę zjadliwego felietonu z liryką, satyryczną werwę z aurą surrealizmu, bezkompromisową publicystykę z grubym żartem, a formę powieści z kluczem ze stylem erudycyjnego traktatu o współczesności. Ta powieść kipi energią, zadziwiającą jak na autora w tym wieku - którego zresztą nie tylko nie kryje, ale i czyni zeń broń w swych bojach z fałszywą młodością - zaskakuje językiem, tyleż śmiałym, ocierającym się o wulgarność, co poetyckim.
Prowokuje lekkością w podejmowaniu spraw wagi ciężkiej, oraz pewnością siebie, która za nic ma autorytety, opinie salonów i środowiskowe świętości. Tak, ta powieść może się nie podobać i drażnić, bo też i chce irytować, budzić sprzeciw.
Jest zresztą - wbrew pozorom - prozą niewesołą, gorzką, skłaniającą do refleksji, wołającą o myślowy ład i etyczny porządek. Cóż, rosnąca pozycja głupoty w świecie - zwłaszcza, gdy to świat nam bliski - może być w opisie zabawna, lecz że to diagnoza groźnie prawdopodobna budzić powinna poważny niepokój.