Kolejny, oczekiwany tom doskonałych wierszy cieszyńskiego poety. Poezja najwyżej próby, świetna liryka refleksyjna.
Wyobraźcie sobie, że ta cienka książeczka to gruba powieść pełna barwnych kamyków pamięci przemyconych z lat młodości w dzisiejsze mroczne czasy. Tak naprawdę ta gruba powieść to zaledwie kilkadziesiąt prześlicznej urody wierszy, wyrafinowanych i prostych jak japońskie drzeworyty.
Kronhold był zawsze świetnym poetą, ale ten tomik dowodzi, że świetność to wciąż za mało. Tak jak Jerzy Kronhold zaczyna się od przepisywania świata, przy czym zwraca się uwagę na detale i rekonstruuje kosmos złożony z przylądka beznadziei, tęczy po deszczu, fiołków na obrazie Maneta, wspomnień miłosnych, spacerów po Cieszynie, a potem dodaje do tego biograficzne szczegóły, cień ojca, czas debiutu w krakowskiej grupie Teraz i wmontowuje w całość obrazki ze współczesności zagrożonej totalitarną przemocą.
Jeśli ktoś powiedział kiedyś, że Nowa Fala wraca do morza, to te wiersze dowodzą, że znów dobija do brzegu, być może donośniej niż dawniej.