Potykam się o skurczone podwórko, ciasny korytarz, obcy zapach i ciszę wypełnioną jakimś dziwnym tworem. I właśnie ta dzwoniąca w uszach cisza, tak irracjonalna dla tego tętniącego kiedyś życiem domu, uzmysławia mi, że ani dzisiaj, ani jutro, ani w jakiejkolwiek przyszłości nie odnajdę już metafizyki tego miejsca.
Myślę, że raczej byłaby poirytowana nadmiarem dobra, do którego przecież nie była przyzwyczajona. Wychowała się wśród rzeczy zwyczajnych, a jej wyobraźnię i poczucie estetyki ukształtował zapach szarego mydła, komórka z klapą na skobelek oraz zupa w sam raz dla biedaków zwana po prostu wodzianką.
Ciotka Feliksa dokładnie zabezpieczyła platery ,,Norblin i Spółka’’, Natalia zamknęła okienko w opuszczonym chlewiku, i pobłogosławiwszy dom znakiem krzyża, ruszyli w drogę kierując się w stronę śródmieścia, gdzie w kamienicy Szymona Frydmana przy Modrzejowskiej 89 czekał na nich przydzielony lokal. Lokal numer 3 zajmuje czterdziestoletni robotnik Herszlik Śliwiński z żoną Małką, pięcioletnią Cywią i jedenastoletnim Szają.
Gdy w mieszkaniu robi się ciepło, Małka przygotowuje skromne śniadanie, potem zarzuca chustę na ramiona i idzie po dziesięć deka wołowiny na szabatową kolację.