W poszukiwaniu nowego domu i przygody brytyjski dziennikarz Benjamin Mee wraz z rodziną objął w posiadanie upadające zoo na angielskiej wsi. Zamarzyło mu się poprowadzenie tam rodzinnego biznesu.
Przecież mieszkał sobie spokojnie na południu Francji, pisał artykuły, już prawie opanował język francuski (ku rozpaczy miejscowych). A jednak w 2006 roku Mee razem z żoną Katherine, dwójką dzieci, bratem i siedemdziesięciosześcioletnią matką wprowadził się do Parku Dzikich Zwierząt w Dartmoor, gdzie rezydowały do tej pory m.in.
lew Solomon, wilk Zak, tapir Ronnie i jaguar Sovereign. Szczęście i radość z przywracania świetności temu miejscu szybko jednak zostały zakłócone: zdiagnozowana jeszcze we Francji choroba Katherine - rak mózgu - znów dała o sobie znać...
"Kupiliśmy zoo" to niezapomniany portret rodziny żyjącej w niecodziennym otoczeniu, opowieść o tajemnicach królestwa zwierząt i świadectwo triumfu nadziei nad rozpaczą. Ta opowieść jest wyjątkowa, a przez to, że Mee wydaje się podobny do nas, potrafi zainspirować czytelników do podjęcia własnych, osobistych wyzwań.
"Winnipeg Sun" Tej nocy, gdy tylko mama bezpiecznie zaległa w łóżku, podążyliśmy z Duncanem do spowitego mgłą parku, żeby się zorientować, w cośmy się wpakowali. Gdziekolwiek padło światło latarek, mrugały do nas przeróżnej wielkości oczy; na tym etapie nie mieliśmy pojęcia o topografii posiadłości, toteż ukryte w mroku zwierzęta jeszcze potęgowały tajemniczą atmosferę.
Jedno, co wiedzieliśmy, to gdzie są tygrysy: podeszliśmy więc do jednej z klatek, której słupki były przeznaczone do wymiany, żeby zobaczyć dokładnie, z jak poważnymi uszkodzeniami mamy do czynienia. Nie było widać ani śladu tygrysów, więc wspięliśmy się ponad barierkę zabezpieczającą i zaczęliśmy przy świetle latarki przyglądać się podstawie drewnianych słupków przytrzymujących ogrodzenie z siatki.
Przykucnąwszy, badaliśmy przegniłe drewno, zdrapując wierzchnie warstwy i próbując dotrzeć do twardszego środka, który na szczęście okazał się nie leżeć głęboko. Uznaliśmy, że jest nie najgorzej; kiedy jednak podnieśliśmy się z kolan, ku swojemu osłupieniu zobaczyliśmy, że wszystkie trzy tygrysy zamieszkujące ten wybieg siedzą ledwie parę metrów od nas - gotowe do skoku i wgapione w nas intensywnie.