Niezłomna, niepokorna. Krystyna Skarbek zbudowałam dynamiczną opowieść o losach pięknej, wrażliwej kobiety, która swą odwagą i stanowczością w działaniu zawstydza niejednego mężczyznę.
Christine Granville, bo takim pseudonimem posługiwała się Krystyna Skarbek w służbach brytyjskiego wywiadu, nie jest postacią kryształową. Winston Churchill nazywał ją swoją najlepszą agentką, ale trzy lata wojny spędziła bezczynnie w Kairze, podejrzana o współpracę z Niemcami.
Akcja powieści rozpoczyna się w żeńskim gimnazjum, z którego Skarbkówna została wyrzucona z powodu podpalenia szat liturgicznych księdza odprawiającego mszę w święto Matki Bożej Gromnicznej. Wezwani na rozmowę przez przeoryszę i proboszcza rodzice, Stefania Goldfeder, z pochodzenia Żydówka, córka warszawskiego bankiera i zubożały hrabia Jerzy Skarbek herbu Awdaniec, nie pierwszy raz muszą tłumaczyć wybryki swojej latorośli.
Dla ojca Krysia jest oczkiem w głowie, to z nią, a nie jej bratem, szusuje na nartach w Zakopanem, dojeżdża młode konie i poluje na kaczki. Poszukać pracy, bo ojciec zostawił sporo długów, męża, ale też nietypowych dla hrabianki źródeł adrenaliny.
W latach trzydziestych wielokrotnie przekracza słowacką granicę, więc kiedy wybucha wojna wydaje się doskonałą kandydatką na kuriera. Może zbyt doskonałą, bo kiedy gestapo wypuszcza ją - nie kończąc przesłuchania - Polacy i Brytyjczycy przestają wierzyć w jej czyste intencje.
Przed dzień wyjazdu do Belgi, gdzie uwcześnię mieszkał Andrzej, który również w czasie wojny był agentem Wywiadu Brytyjskiego, Krystyna zostaje zamordowana przez zakochanego do obłędu Irańczyka Dennisa Muldowney'a, miało to miejsce 15 czerwca 1952 roku, w Hotelu w Shelbourne, w którym mieszkała po wojnie. Była zbyt młoda, żeby umierać, 1 maja skończyła 44 lata.
Dziś niełatwo identyfikować się z Krystyną Skarbek, bo czasy mamy inne - na szczęście - ale optymizmem i wiarą w siebie można się od niej zarazić.