Gdyby efekt pierwszego wrażenia zastosować do książek, to "Żółty Długopis" autorstwa Tomasza Wandzela może się podobać. Okładka książki przyciąga spojrzenia i potrafi zaistnieć w tłumie projektów, które nie mają w sobie żadnego przekazu.
Ta okładka mówi, że zwyczajne przedmioty jak zapomniana przez wielu maszyna do pisania, okulary czy nawet szyszka tworzą naszą codzienność. Po przeczytaniu wstępniaka próbowałam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni miałam w ręku zbiór opowiadań i jakoś nie mogłam.
Oto mając do dyspozycji 60000 znaków autor musi stworzyć esencjonalną historię z fabułą, bohaterami, początkiem i końcem. Tomasz Wandzel nie dość, że podejmuje takie wyzwanie to jeszcze tworzy z siedmiu opowiadań spójną całość z kilkoma wspólnymi elementami.
Pierwszy z nich to tytułowy żółty długopis, który jako przedmiot codziennego użytku występuje w każdym opowiadaniu i to on niby czarodziejska różdżka przenosi czytelnika z jednej opowieści do drugiej. Następnym wspólnym elementem jest osadzenie akcji opowiadań w autentycznym miejscu, a nie przestrzeni sztucznie wymyślonej dla potrzeb książki.
Ambitna kobieta, która rezygnuje z kariery, ucieka od męża pijaka i powraca do rodzinnych Prabut. Staruszka, która odmierza dni odwiedzinami na grobie męża, pisaniem listów do dzieci mieszkających za granicą i nadzieją, że kiedyś powrócą.
Odnoszę wrażenie, że tą książką również autor chce do czegoś wrócić, a mianowicie do formy, od której zaczynał swoją literacką drogę.