Polskie powstania nazwane są od miesiąca, w którym chwycono za broń (listopadowe, styczniowe), i od miejsca walk (wielkopolskie, śląskie, warszawskie). Tylko jedno nazwane jest od osoby przywódcy - kościuszkowskie.
Już wtedy, w 1794 r., było oczywiste, że insurekcja to on - charyzmatyczny lider. Jego podobizny noszono na broszkach, klamrach pasów, wpinano w klapy surdutów, wieszano w salonach.
I dla Rosjan, i dla Polaków było jasne, że wzięcie do niewoli Tadeusza Kościuszki przesądza o końcu walk o niepodległość Rzeczpospolitej.W 2017 r. Stawiano go kolejnym pokoleniom za wzór bohatera narodowego, patrioty, ojca ludu.
Stał się postacią tak pomnikową, tak zakrzepłą w spiżu, aż przestał być postrzegany jako interesujący człowiek, który może nam jeszcze coś niebanalnego powiedzieć. Stał się wielkim nieobecnym - jest sukmana, jest szabla i czapka krakuska, ale nie ma ubranego w nie człowieka z krwi i kości.Rok kościuszkowski to dobry moment, żeby przypomnieć, że Kościuszko był człowiekiem na wskroś nowoczesnym; wykształcony inżynier wojskowy o ścisłym umyśle nowatorskie rozwiązania z powodzeniem wprowadzał w czasie wojny w Ameryce Północnej.
Wychowany w kulturze sarmackiej wybrał coś jej przeciwnego - idee republikańskie i wiarę w Najwyższą Istotę, która nie ingeruje w losy ludzi. Dla władzy monarszej i kościelnej sentymentu nie miał, choć jako polityczny pragmatyk zachowywał w tych sprawach wstrzemięźliwość w wystąpieniach publicznych.Odkurzmy postać naczelnika insurekcji.