Powieść fantasy. Nie całkiem poważna fantasy o rycerzu bezkonnym, który zaczął od dorabiania pasowaniem zwłok, zrobił krótką, ale intensywną karierę jako świecki inkwizytor, by wreszcie oddać się swemu prawdziwemu powołaniu: magii.
A wszystko to za sprawą kupca, który przejął za długi rodzinny majątek Fillegana, zmuszając go do emigracji z rodzinnego Wake w Anglii na kontynent. Ot, dlaczego kupiec zawsze będzie wrogiem rycerza, a rycerz krzywo spoglądać będzie na bogatego kupca...
Skoro nie całkiem poważna literatura, to należy się tu spodziewać i kultu Monty Pychotka, i morderczej mandragory, wystąpienia mumii Ramzesa XII, a nawet gadającego mchu. Bo kogo właściwie obchodzi, że przekroczyłem czterdziestkę, mieszkam w małym miasteczku, lubię czytać o późnym średniowieczu i Epoce Wielkich odkryć, chociaż za nic nie chciałbym wtedy żyć.
Poza tym może być albo dobrym człowiekiem, albo skończonym matołem, czy, jak mawiał Pyzdra z Janosika, gnidą dworską. Nie ma znaczenia, ile ma lat, co jada na śniadanie, a nawet, co ma do powiedzenia w sprawach ważnych i poważnych.