Gdy tak stał naprzeciwko rozjuszonego nieprzyjaciela, przypomniała mu się napaść na Dalibora. To był ten zabijaka, który wtedy spieprzał bez żadnych skrupułów w leśne knieje.
Właściwie to z nim Młodzian powinien wyrównać rachunki, bo był sprawcą całego niepotrzebnego zamieszania z porwaniem Bogu ducha winnego chłopaka. Bandzior rzucił w niego trzymanym mieczem, który o centymetry chybił celu i wbił się głęboko w drewniane połacie ściany, tuż za robiącym unik komandosem.
Tego było już za wiele, tym bardziej że napastnik wyciągnął błyskawicznie zza pasa kolejne narzędzie do robienia krzywdy bliźniemu. Biorąc pod uwagę całokształt wizerunku pląsającego przed nim pajaca, Młodzian uznał, że koleś zdecydowanie kwalifikuje się do natychmiastowego odstrzału.
Wiedział, że musi przedrzeć się znowu przez całe niecne towarzystwo, chcąc wydostać się z fortecy. Im szybciej utworzy wizerunek wszechmocnej, niosącej śmierć niezidentyfikowanej istoty, tym lepiej.