1 września 2009 roku, po rozmowie z psychiatrą, z własnej woli zdecydowałam się pójść do szpitala psychiatrycznego na oddział zaburzeń nerwicowych. Po wielu latach leczenia, które wciąż nie przynosiło spodziewanego efektu, doszłam do wniosku, że szpital jest moją ostatnią nadzieją.
Gdybym się o nim nie dowiedziała i nie zaczęła sobie z nim radzić, to pewnie chorowałabym nadal albo gorzej - już by mnie tutaj nie było. Dzisiaj wiem jedno: jeśli się bardzo chce wyzdrowieć i bardzo wierzy w to, że można być zdrowym, wówczas jest to możliwe.
Piszę o zrozumieniu siebie, dojściu do przyczyn zachorowania i całkowitym, bezpowrotnym wyzdrowieniu. Do tych, które wpadły w koszmar tej choroby i albo się leczą, ale nie przynosi to takich efektów, jak by chciały, albo nie chcą się leczyć, bo im dobrze z chorobą, albo wstydzą się pójść do psychologa i psychiatry.
Proszę, aby nie traciły nadziei, żeby nie mówiły "nie mogę przestać", tylko w końcu powiedziały sobie "mogę", bo chociaż ta droga jest długa, ciężka i bolesna, to warto ją przejść.