To poezja powitań i pożegnań, ostatniego horyzontu, którego cień kładzie się na wszystkim, co nazywamy naszym, własnym. To opowieść o pojedynczym słowie wypływającym ze swojej macierzy, niosącym pogłos przodków i echo wszystkich, którym służyło.
To wiersze przekonujące, że w momentach granicznych, w sytuacjach ostatecznych, być może tylko poezja mieści w sobie żal i tęsknotę, radość i rozpacz, życie i śmierć. Godzi się na to, co można wypatrzeć u pór roku, co można zabrać na drogę od tych, którzy nie są nam obcy.
Bohater, idąc, pyta: czy zerwany czas istnienia zszywa w całość moment śmierci? Wiersze prowadzą do ludzi, by wymienić słowo na zrozumienie, spojrzenie na czułość, uścisk dłoni na ciepło, czas na bycie.