W Thulecampie rośnie kolejne pokolenie mieszkańców baraków. Baddi wrócił zza oceanu w aureoli chwały, Danni ma swoje miejsce w wielkiej szafie.
W Starym Domu pojawiają się oznaki dobrobytu: radio, auto, telewizor, wycieczki. Mimo dobrej passy cierpienie pozostaje nieodłącznym elementem dzielnicy baraków, a szczęśliwe zakończenia omijają ten zakątek świata.
Gdy tylko przywykniemy do rytmu wybijanego przez pisarza, z przyjemnością odkryjemy, że przez opowiadanie o biedzie, mroku i brudzie przebija humor. Jednak ani na chwilę nie daje się zapomnieć, że „Jeśli życie jest cierpieniem, to na tej wyspie jest życie…”.
Klimat książki kontrastuje z naszymi wyobrażeniami o minimalistycznym krajobrazie Islandii i tym, co wiemy o niej dzisiaj. To kameralna historia, która doskonale wie, o czym chce być.